18 33 72 140
Limanowa, ul. Matki Boskiej Bolesnej 13
- A +

Robert Widzisz

Prawnik, główny specjalista ds. BHP, podróżnik, dziennikarz, fotograf. Ciekawość tego "co za zakrętem" pcha go do wędrówek po Ziemi Limanowskiej, Polsce i odległych zakątkach świata. W ECHU LIMANOWSKIM prowadzi autorski cykl pod tytułem PIÓRKIEM I OBIEKTYWEM (reporterskie opowieści z wędrówek). Ostatnia podróż jaką odbył, to wyprawa do Ameryki Środkowej (Gwatemala, Honduras, Salwador, Belize, Meksyk). Teksty fachowe publikuje w czasopismach "Prokuratura i prawo" oraz "BHP w firmie".

 


 

fragment opowiadania "Wyprawa na wyspę Uroda"

Piotr zamyślił się na moment.

- Jesteś dziennikarzem, prawda?

Przytaknąłem.

- Ale jak zauważyłem, bardzo lubisz literaturę?

- Zawsze tak było - potwierdziłem. - Jako dziecko czytałem książki pod kołdrą, w świetle latarki, gdy wszyscy już spali.

- A nie myślałeś o tym, żeby samemu zostać pisarzem?

Kiedyś nawet myślałem. Ale doszedłem do wniosku, że nie mam daru prowadzenia narracji, wolę opisywać prawdziwe wydarzenia. Takie, które w przeciwnym wypadku, tak jak to mówiłeś o Jachymce, przepadną. Do tego, że zrezygnowałem z twórczości literackiej przyczyniło się też pewne zabawne zdarzenie.

- Opowiedz.

- Byłem wtedy w górach, sam jak palec, egzaltowany i młody. Wędrowałem przez las i puste o dziwo polany.

Początek lata, pyszne trawy, zapachy. Wiesz... Urokliwe klimaty, poezja. Wędrowałem tak, zamyślony i szczęśliwy.

Nagle, gdy wyszedłem zza zakrętu drogi, ujrzałem rozległą łąkę. Przestrzeń porywała wzrok ku odległym szczytom, ale później przenosił się on na sielankowy pierwszy plan - łąka usiana była pięknymi kwiatami. Na środku pasło się stado owiec pod czujnym okiem górala i jego psa. Zachwycony patrzyłem przed siebie i pisałem w myśli kolejne wersety opisujące tę scenę. Tak mniej więcej układałem je sobie w głowie:

"Na skraju łąki stał stary człowiek, u jego stóp leżał wierny opiekun stada - piękny, jasnopłowy owczarz. Co za widok! Co za pełne estetyki wrażenia! Co za uniesienie!

Człowiek ten twarz miał ogorzałą i piękną. Przeżycia - więcej w nich było zapewne trudów, niż radości - wyżłobiły w jego twarzy dostojeństwo i godność. Ostro wycięte rysy, orli nos, bruzdy na czole, srebrzyste włosy opadające na ramiona - wszystko to zdradzało moc i siłę jego charakteru. Oto prawdziwy człowiek gór, oto syn tej ziemi!

A otaczający go świat? Czy człowiek ten zdawał sobie sprawę z jego urody? Z tych cudów natury, z którymi dane mu było obcować na co dzień? Czy umiał docenić granie halnego na harfie wysmukłych smreków, dudnienie jego po roztokach, szumy szeleszczące potoków? Czy pochylił się kiedykolwiek nad drobiną skroplonej rosy, która na płatkach kwiatu górskiego dogorywała w płomieniach porannego słońca, bezbronna, wystawiona na niełaskę losu? Czy drgnęło mocniej jego serce na dźwięk kwilącego ptaszęcia, co to z gniazda przedwcześnie wypadło? Czy czuł te zapachy, jakie niosły ze sobą kolejne pory roku? Czy aby ważył dostatecznie ten dar, jakim było życie w tak pełnym naturalnego dostojeństwa świecie?

Z pewnością! Wszak sam był cząstką tego świata, sam był jego okruchem. A ten świat z kolei do niego należał. A więc on sam należał do siebie! Czy stąd jego duma i hardość? Czy stąd jego siła i moc?"

Pełen byłem twórczego uniesienia, gdy niespodziewanie baca odwrócił się do mnie i chrapliwym głosem powiedział:

- Pierdnął!

Omal nie zakrztusiłem się z wrażenia. Baca jednak mało zwracał na to uwagę.

- No mówię ci - pierdnął! - powtórzył stanowczym głosem.

- O rany! Kto?!

- Ten stary baran, ten, co leży tu blisko. Pierdnął. Musi mieć flusa, nie ma rady. Albo flusa, albo zeżarte.

- Zeżarte?

Popatrzył na mnie z politowaniem.

- No zeżarł coś. Gwoździa albo druta, bo ja wiem? Obojętne - flusa ma czy zeżarte - zdechnie. Kłopot tylko. I żal.

- Ale jak to pierdnął? Jak to...? - wyjąkałem. - A smreki, a halny i jego harfa, a holofienie owczych dzwonków, niesione ku sinej dali przez wiatr, a te wszystkie uniesienia? Doznania?!

Baca machnął ręką - następny wariat z miasta głowę mu duperelami zawraca! Odwrócił się i powoli, nie zwracając na mnie uwagi, poszedł w stronę swojego barana.

Poczekałem, aż Piotr przestanie się śmiać.

- Więc to tak! - mówił jeszcze przez łzy. - Wtedy zostałeś tak skutecznie sprowadzony na ziemię, że przestałeś marzyć o literaturze?

- Można tak powiedzieć - powiedziałem z uśmiechem. - A wiedz, że w moich myślach więcej było patosu.

Dziś już nawet nie umiem ci opisać, co wtedy czułem. Ale słowa bacy były dla mnie jak przysłowiowy grom z jasnego nieba.

- Oczywiście przesadzasz z tym, że świat zawalił ci się na głowę?

- Musisz wiedzieć, że miałem wówczas czternaście lat i ważyły się moje artystyczne losy - roześmiałem się. - Prawdziwe powody podałem ci jednak wcześniej. Nie mam po prostu talentu narracyjnego, to wszystko. A pisać lubię, mam wewnętrzny imperatyw nakierowany na działanie piórem, więc zostałem dziennikarzem. Ot i wszystko!

Znów szliśmy przez chwilę w milczeniu.

- Życie bywa naprawdę zabawne - Piotr miał rozpogodzoną minę. - Ale oto jesteśmy na miejscu.