18 33 72 140
Limanowa, ul. Matki Boskiej Bolesnej 13
- A +

Marian Wójtowicz

rzeźbiarz - samouk, poeta, nauczyciel techniki i informatyki. Radny Miasta Limanowa. Wyróżniony złotą odznaką Za zasługi dla miasta i gminy Limanowej. Dwukrotny wicemistrz Polski nauczycieli w pływaniu (2004, 2005). Rzeźbić w drewnie zaczął po osiągnięciu pełnoletności. Tematyka artystycznych zainteresowań jest szeroka - różne dziedziny życia społecznego i indywidualnego, abstrakcja, scenki rodzajowe i świątki, portrety aż po podstawki dai do kolekcji z dziedziny feng shui. Na przestrzeni lat wyspecjalizował się w płaskorzeźbie. Wielokrotnie nagradzany. Wystawiał swoje prace w Krakowie, Kamienicy, Nowym Wiśniczu, Starym Sączu, Zakopanym, Limanowej. Stworzył dzieła: Niefrasobliwy, Karczma, Cyganie, Szymon Słupnik, Pieta góralska, Grabarz losu, Kapela pasterska, Pod ciężarem władzy, Determinacja, Rabin, Masaj, Żydowska kapela, Smok, Młode wino, Żebrak, Ergo sum. Pisze wiersze, fraszki, opowiadania, satyry, bajki. W 2005 wydał je własnym sumptem w tomiku Mam w głowie 1000 słów. Żonaty, dwójka synów.

 


 

Bez pożegnania

Wszem wobec,

z głębokim żalem i pełne smutku

wiadomym czynimy,

że w dniu pochmurnym

i wietrznym

anno Domini ...

po długich i ciężkich zmaganiach

z nieuleczalną i wyniszczającą chorobą

zmarła Miłość.

O czym zawiadamiają

pogrążone w głębokiej żałobie

osierocone siostry:

Nadzieja i Wiara.

Nikt Ci nie towarzyszył w ostatniej drodze.

Nie odprowadził,

nie pomachał chusteczką.

Już dawno machnięto na Ciebie ręką.

Pozostały po Tobie głębokie blizny,

pusta szafa,

albumy pełne dowodów Twego istnienia

na pożółkłych fotografiach

oraz kilka zrudziałych ze starości łez.

Nie pozostawiłaś po sobie ani smutku

ani żalu, ani radości.

Na ostatnią drogę zabrałaś ze sobą

kilka starych kartonowych pudeł

i plastikowy worek na śmieci

Stworzyła Cię chemia

i pewien osobliwy magnetyzm.

Z nicości powstałaś,

w niwecz się obrócisz.

Bywaj!

Dziękujmy Ci, że z nami byłaś.


 

Cztery żywioły - powietrze

Nie traktuj mnie jak powietrze

obdarz mnie swoim uśmiechem

chcę być twoim zapachem,

drgnieniem powiek, oddechem

Nie traktuj mnie jak powietrze

bo gdyby zabrakło mnie tu

czy zadrżysz jak liść na wietrze?

Czy nie zabraknie ci tchu?

Powstrzymaj, opanuj swój gniew

twe rany ukoję, uleczę

weź bardzo głęboki wdech

nie traktuj mnie jak powietrze


 

Szanta

Chcę odbyć z tobą bardzo długi rejs

i wciąż i wciąż być z falą za pan brat

popłyńmy razem na sam świata kres

a kilwater niech zaznaczy łodzi naszej ślad

Rozkołysz moją łódź, rozkołysz

niech wiatr symfonią swą na wszystkich wantach gra

Niech zabrzmią bursztynowe struny morskich harf

niech się ukoi potargana dusza ma

Niech płuca nasze chłoną zapach alg

a morska pana to będzie nasz dom

niech nasze twarze twardo zrzeźbi wiatr

niech łopot żagli nada sercom mocny ton

Rozkołysz moją łódź ...


 

Cztery żywioły — woda

Zmarszczka, zachwianie twojej toni

dotyk, muśnięcie lekkie dłoni,

zapach wilgoci, szelest sitowia,

szept wiatru niczym czułe słowa

Kusisz twej fali misterną falbanką

Tyś mą kobietą, tyś mą kochanką

Już niecierpliwie zrzucam ubranie

Już zaraz, zaraz zacznę pływanie

Już wejdę w ciebie, w twe chłodne fale

Już płynę głębiej i dalej, i dalej

aż do całego ciała omdlenia

Do braku tchu, do zapomnienia

Pieść mnie i baw się moją osobą

Ja jestem w tobie, ja jestem z tobą

Objęcia twoje - istny raj

Chwilo, tyś piękna, wiecznie trwaj

Kołyszę toń twą głową i brzuchem

Płynę i płynę delfinim ruchem

Zanurzam w tobie usta pragnienia

aż do omdlenia, aż do spełnienia ...

Kiedym już do cna zmęczony człek

Wyrzuć mnie proszę gdzieś na brzeg

Pozwól zaczerpnąć trochę tchu

Wkrótce powrócę do ciebie tu

Będziesz mnie kusić fali falbanką

Wodo, tyś moją wierną kochanką

Dopóki w piersi mej starczy tchu

Zawsze powracać będę tu

Zawsze powracać będę tu

Będę tu,

Będę tu


 

Zakamarki pamięci

Pamiętasz smak jabłek?

kwaśnych, soczystych, zrywanych prosto z gałęzi.

Pamiętasz tajemniczy szept

starej cembrowanej studni?

Siedziała tam żaba,

ta sama co zawsze.

Czasami ładowała się do wiadra,

kilka dni upajała się złudną swobodą

i wracała po kilku dniach.

Ludzie prawili, że skarbu pilnowała

na dnie głęboko ukrytego.

A pamiętasz aromat siana w szopie

gdzie króliki nerwowo odmawiały paciorki?

Pamiętasz tę chatę z dzikim winem

ciekawie zaglądającym do okien,

z zszarzałymi od starości szybkami,

na krzyż podzielonych?

Żytnią strzechą grubo pokryta była.

Na strychu podobno krasnale się ukrywały ...

... a może to byli partyzanci?

Jej chropowate ściany

co roku na wiosnę wapnem bielone były

a w środku wielka skrzypiąca drabina na strych,

z bardzo chłodną poręczą,

jeśliby do niej przytulić czoło.

Izdebka przyozdobiona bogato była

w ciepło domowego ogniska

i garnitur starych ikon z jarmarku.

Wokół zawsze rozbrzmiewały wesołe okrzyki

dzieci goniących Berka, bawiących się w chowanego,

a zakamarków do chowania się było tam w bród.

Pamiętam, to chyba tu gdzieś w pobliżu

za tą starą szkołą,

wrzosem poligonu,

trudem dnia codziennego i bardzo nielicznych świąt.

Może za tym węgłem, tuż tuż ...

Znowu nie znalazłem,

ale to nic, to wszystko musi być gdzieś w pobliżu.

Na krótko tylko ukryło się w zakamarkach pamięci.

Kiedy stanę u kresu poszukiwań, znajdę.


 

OLAF

Szedł resztkami sił, potykając się o własne nogi. Każdy kawałek jego ciała pilnie domagał się odpoczynku, ale on wiedział, że na odpoczynek nie czas. Musiał iść, sam nie wiedział dokąd i jak długo. Wiedział, że jeśli przestanie iść, przysiądzie, odpocznie, to już nigdy nie wstanie, nie podniesie się, nie obudzi. Nie zobaczy swej ukochanej wioski w odległej Szwecji. Nie spotka się z przyjaciółmi, rodziną. Wokół rozciągał się nieprzebrany las mieszany. Drzewa przyozdobione były wielkimi czapami śniegu, brnął więc w zaspach i nie wiedział dokąd. Byle dalej od czającego się niebezpieczeństwa.

Późną jesienią przybył do miasteczka w dwustuosobowym oddziale szwedzkiej piechoty. Olaf zaciągnął się do wojska z obowiązku, ale też z ochotą. Młody był i świata ciekawy. Nudno żyło mu się w jego małej wiosce. Wojna w dalekim kraju pachniała przygodą, ale nie tak ją sobie wyobrażał. Większość czasu spędzali w marszu. Nie brali udziału w żadnych bitwach. Po prostu codziennie szli. Coraz dalej i dalej, w głąb tego jakże odmiennego kraju. Na dłuższych postojach koledzy oddawali się pijaństwu. To przecież nie tak miało być. Po wódce głowa bolała, wolał nie pić. Widzieć? Wiele nie widział, bo w ciągłym marszu, cóż ciekawego można było zobaczyć? W napotkanych po drodze wioskach, kobiety były, a jakże, ale w starszym wieku. Młode chowały się po lasach i słusznie.

Miasteczko było małe i spokojne. Położone było w malowniczej dolinie, otoczone lasami bogato przyozdobionymi wczesnym w tym roku śniegiem. Mieszkańcy zajęci swoimi sprawami, pewnie nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że wojna trwa. Rynek w centrum ze wszystkich stron otoczony drewnianymi charakterystycznymi budowlami. Miały one zadaszone podcienia a wewnątrz znajdowały się sklepy i warsztaty rzemieślnicze. Dawno z bliska nie widział takich cudów. Mieszkańcy przyglądali się im ciekawie, wrogości nie okazywali, ale przyjaźnie też nie byli nastawieni. Na pewno nie byli obojętni, raczej ciekawscy. Dwieście osób to przecież tłum ludzi, wysokich, krzepkich, przystojnych i pewnie majętnych. Tak, wśród tych mieszkańców z pewnością wyróżniali się wzrostem. Ze zdziwieniem zauważył siedząc w karczmie, że siedzący obok mężczyzna ubrany w jasną sukmanę jest mu równy wzrostem, ale kiedy wstali, okazał się niższy prawie o głowę. Czyżby ludzie ci mieli krótsze nogi? Nie zaprzątał sobie tym długo głowy, bo tyle ciekawych rzeczy działo się dookoła. Wojska w okolicy żadnego nie było, toteż dowódca zdecydował, że nie należy trzymać specjalnej dyscypliny. Ustalono kolejność wart, zabroniono oddalać się poza teren zabudowań, można było odpocząć i w miarę możliwości rozerwać się. Wielu rozrywkę znalazło przy podłym piwie i dobrej okowicie w kilku większych, lub mniejszych karczmach i gospodach. Olaf wolał się przejść. Zaglądał do sklepów i warsztatów. A było co oglądać. Dużą grupę stanowili szewcy, sukiennicy i krawcy. Było dwóch rymarzy i duża kuźnia. Nie mógł się nadziwić, czemu w tak małym miasteczku kuźnia jest tak wielka i po co w karczmach tyle miejsc noclegowych? Nikt mu nie umiał odpowiedzieć na te pytania, bo z resztą nikogo nie pytał. Z nikim nie umiał się porozumieć. Domyślił się tylko, że jeśli droga biegnąca w poprzek kwadratowego rynku jest o wiele za szeroka jak na potrzeby mieszkańców, to pewnie musi być często uczęszczanym traktem handlowym. A jeśli jest handel i trakt, to i karczmy muszą być i kuźnia. Wzdłuż tego właśnie głównego traktu rozciągały się strasznie wielkie kałuże pełne błota wymieszanego ze śniegiem. Wszyscy starali się je omijać, jedynie tym, co nie mieli umiaru w spożywaniu trunków, nie zawsze się to udawało. Każdy taki upadek w błoto budził ogólną wesołość gawiedzi.

 

W rogu rynku stała świątynia, otoczona niewielkim cmentarzem. Kościółek był mały, drewniany, z wysokim dachem i dzwonnicą. Postanowił wejść. Wnętrze rozświetlało tylko kilka świec. Przez okna zbudowane z małych kwadratowych szybek wczesnym popołudniem o tej porze roku, niewiele przedostawało się światła. W głównym ołtarzu znajdował się obraz przedstawiający dwóch świętych mężów odzianych w czerwone szaty. Ściany ozdabiały pociemniałe ikony. W prostych i solidnych, ciężkich ławkach siedziało kilka zamodlonych osób. W Szwecji kościółki były równie ubogie, a nawet bardziej, i chodziło się do nich tylko w niedziele. Sam nie wiedział po co tu taj wszedł, ale na wszelki wypadek uklęknął i przeżegnał się nabożnie. Ze zdziwieniem zauważył, że wokół obrazu w ołtarzu głównym, na ścianach powieszono dużo błyszczących przedmiotów. Biżuteria chyba jakaś, monety...

- Co kraj to obyczaj - pomyślał. Miejsce to miało specyficzną aurę, dawało poczucie spokoju, skłaniało do namysłu i wspomnień. Nigdzie i nigdy podobnych uczuć nie doświadczył. Poczuł się tak, jakby wrócił do domu, a był przecież tak daleko. Poczuł się nieswojo i czem prędzej wyszedł na zewnątrz. Naprzeciwko stała karczma. Wszedł rozejrzał się po ciemnym wnętrzu rozświetlonym łojowymi świecami i łuczywem. Sala wypełniona była kamratami z oddziału. Niektórym mocno już kurzyło się z czupryn. Podszedł do szerokiego kontuaru, wysupłał z sakiewki jednego solda i poprosił o piwo. Żyd solda przyjął, przyjrzał mu się pod światło, pokręcił z niezadowoleniem głową i sięgnął po wielką karafę z sinego szkła i cynowy kieliszek. Olaf skrzywił się z niesmakiem, pokręcił głową.

- Nie to, piwo! - wskazał na wielką beczkę stojącą na posadzce.

- Aj waj! - zawołał Żyd, sięgnął po drewniany kubek i nalał z beczki złocistego płynu, aż po same brzegi.

- Na, gut, trink! - powiedział.

 

Olaf przysiadł się do ławy, gdzie kamraci wydawali się jeszcze nie tak bardzo pijani. Przekrzykując panujący gwar, zapytał sąsiada:

- Co my tu robimy?

- Traktu pilnujemy - odparł tamten.

- Na kupców polować będziemy?

- Nie, podobno król ma tędy przejeżdżać.

- Karol Gustaw? - zapytał zdziwiony.

- Nie brat jego, polski król.

- To polski król jest bratem Karola Gustawa?

- Nie wiedziałeś? - rodzonym, na jakim świecie ty żyjesz? Królowie, bracia toczą ze sobą wojny, taka ich rola, a naszą sprawą jest się za nich bić, krew przelewać i ginąć, wypij!

 

Tego się nie spodziewał, łyknął z kubka i omal się nie zakrztusił. Nie piwo to było, lecz miód pitny, ale jaki? O wiele lepszy od tego, który zdarzało mu się pić w rodzimej wiosce. Ten zaprawiony był aromatycznymi ziołami, smakował wyśmienicie, a jak wspaniale grzał.

- Z tym królem to pewne?

- Co, że jest bratem, czy że będzie przejeżdżał?

- Że będzie przejeżdżał

- A skąd ja to mogę wiedzieć? Albo będzie, albo nie. Jak będzie przejeżdżał, mamy go pojmać, a jak nie, to nie. Przecież nie będziemy ubijać króla. Wtedy każą nam pewnie ruszać dalej.

- A nie za mało nas, żeby walczyć z wojskiem królewskim?

- A popatrz ty się na okolice. Placu do boju i tak nie uświadczysz, chyba że na tym małym rynku. Damy sobie z nimi radę. Już kapitan niech się tym martwi, jego to sprawa, a na zmartwionego chyba nie wygląda, możesz się go spytać, śpi tam pod ławą. Jak ci się go uda dobudzić, może ci odpowie - zaśmiał się kolega - ale na mój rozum, lepiej byłoby, żeby tędy nie przejeżdżał.

- Kapitan?

- Król idioto, lepiej się napij tego co tam masz w tym kuflu, to ci się może w tej łepetynie co przejaśni.

 

W karczmie robiło się coraz gwarniej i rozmowa stawała się coraz bardziej utrudniona. W najmniej oświetlonym kącie sali, siedziała jakaś mroczna postać. Siedział ktoś, albo mu się zdawało, że ktoś tam siedzi. Wzrok miał on niczym stal, co twardy kamień kruszy. A oczy miał jak studnie dwie i chyba nie miał duszy. Olaf poczuł dreszcz przebiegający mu po grzbiecie. Poszedł po jeszcze jedną kolejkę miodu, odwrócił się do sali i zobaczył podchmielonych żołnierzy, wchodzących do karczmy. Podeszli do kontuaru. Jeden z nich wydobył z sakwy dwa złote kielichy.

- Nalej Żydzie!

- Aj waj! - zawołał gospodarz z przerażeniem, ale żołnierz złapał go za brodę i potrząsnął

- Lej!

- Kościół obrabowali! - pomyślał Olaf. Świątynię okradli! Tego się nie godzi. Zakręciło mu się w głowie. Jak mogli to zrobić? To nie po chrześcijańsku. Taką piękną świątynię.

Pobiegł do wyjścia. Na zewnątrz usłyszał dziki, nieludzki krzyk, pociemniało mu przed oczami i stracił świadomość. Kiedy się ocknął, leżał zanurzony w płytkiej rzece. Na brzegu słychać było słabnące odgłosy walki. Napastnicy ubrani byli w spodnie uszyte z jasnego, kolorowo wyszywanego sukna i krótkie baranie kożuszki wełną obrócone do wewnątrz. Uzbrojeni byli w niewielkie siekierki na długich trzonkach i tymi właśnie siekierkami dobijali rannych, pokrzykując przy tym głośno i wesoło. Kiepsko ze mną - pomyślał Olaf. Nikt chyba nie przeżyje. Oddział królewski to chyba nie jest, ale uciekać trzeba. Ostrożnie odepchnął się w kierunku głównego nurtu rzeki i pozwolił się ponieść. Woda była bardzo zimna, płynęły po niej drobne kawałki lodowej kry, ale z emocji zimna nie czuł, nic nie czuł, dryfował dość szybko w rwącej rzece, byle najdalej stąd.

 

Po jakimś czasie wygrzebał się na brzeg. Widocznych ran nie miał, tylko ogromnago guza na czole. Ubranie ciążyło mu przemoknięte wodą. Wiedział , że żeby przeżyć musi iść i ukrywać się. Może uda mu się dotrzeć do swoich, ale gdzie? Teraz już musiał walczyć tylko o przetrwanie. Las mógł mu dać schronienie, ale na jak długo? Może gdzieś uda mu się rozpalić ogień i wysuszyć ubranie, ale co dalej? Na to pytanie nie miał odwagi udzielić sobie odpowiedzi.

 

Marysia od rana nie umiała znaleźć sobie miejsca. Była mocno zaniepokojona i nie rozumiała, co było tego przyczyną. Mieszkała z rodzicami na skraju lasu na odludziu, toteż brakowało jej kontaktu z rówieśnikami. Spotykała się z nimi niewiele, kiedy ze Stanisławem i Matyldą schodzili do sąsiedniej wioski na niedzielną mszę. W okresie zimowym nie schodzili, bo leśne ścieżki bywały śniegiem zwiane. Miała siedemnaście lat, była małomówna, podobnie jak jej rodzice. Stworzyła sobie swój własny świat, świat zbudowany z fantazji i marzeń. Życie w lesie wbrew pozorom, było bardzo interesujące. Tyle się tu działo. Rozumiała las, jak mało kto. Wiedziała co mówią drzewa, o czym ćwierkają wróble, że stary wilk, przywódca małej watahy łapę sobie zranił, że w starej dziupli wiewiórki się zagnieździły. Wiedziała dużo więcej, niż ktokolwiek mógłby się po niej spodziewać. Dzisiejszy ranek był szczególny. Las przycichł i w ogóle nic nie mówił, a to zdarzało się mu bardzo rzadko. Krótko po wczesnym i skromnym obiedzie odezwała się do Stanisława

- Tatko, coś nie tak dzieje się w lesie

- A co niby?

- Nie gada

- A co miałby gadać? Las jak las.

- Wezme Burka i przejde się troche

- A weź jak chcesz, tylko nie długo, bo zaraz pewnikiem się ściemni

Las w istocie był jakiś cichy. Nawet Burek niespokojnie się zachowywał. Nie gonił jak zwykle zadowolony, machając ogonem z radości, że zabrano go na spacer, lecz trzymał się w blisko dziewczynki. Szli przed siebie, w sobie tylko wiadomy sposób orientując się w terenie. Ten las był częścią ich życia.

 

Miało się ku południu. Olaf nie był już pewien czy brnie jeszcze naprzód, czy stoi w miejscu i śni, że idzie jeszcze. Przed oczami majaczyły mu sylwetki ludzi, nie ludzi. Jedne okazywały się zwykłymi krzewami lub młodymi świerkami, grubo posypanymi śniegiem, inne ginęły w oddali. Gdzieś z boku, na krawędzi widzenia, dostrzegł mroczną, ludzką postać. Wzrok on miał niczym stal, co twardy kamień kruszy. A oczy miał jak studnie dwie, i chyba nie miał duszy. Resztką sił odwrócił głowę, ale nikogo nie dostrzegł. Przed sobą za to zobaczył młodą dziewczynę z psem. - Ot, majak jakiś, - pomyślał, ale nie znikała. Była coraz bliżej. Wtedy siły odmówiły mu posłuszeństwa i padł w śnieg.

 

Wspólnymi siłami Stanisław, Matylda i Marysia przetransportowali Olafa do chaty. Ciężki był i bezwładny, toteż Stanisław zaprzągnął konia do małych sanek i tak, omijając drzewa i krzaki udało im się nie bez wysiłku zaciągnąć nieprzytomnego na podwórko domu. Ubranie miał tak przemrożone, że łamało się na nim. Rozebrali go i położyli na łóżku. Matylda zabiła kurę i nastawiła na rosół. Na nogach położyła mu gorące ręczniki. Wiedziała, że trzeba go solidnie ogrzać i dobrze nakarmić. Może jeszcze co z niego będzie. Oddychał, ale nie wiedział co się z nim dzieje.

- Staszek! Skocz no po drwa, do pieca dorzucić trzeba!

 

Po kilku dniach intensywnej opieki całej rodziny, a w szczególności Marysi, Olaf zaczął stopniowo dochodzić do siebie. Słaby był jeszcze, ale widać było, że siły mu wracają. Opiekowali się nim wszyscy. Marysia prawie go nie odstępowała. Zmieniła się. Dawniej była małomówna, teraz usta się jej nie zamykały. Opowiadała mu o swoim życiu, o ukochanym lesie, o wszystkim co ją otaczało i co się jej w życiu przydarzyło. Sama była zdziwiona tą swoją gadatliwością, ale co tam. Zdawała sobie sprawę z tego, że jej nie rozumie, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, dodawało odwagi. Po kilku tygodniach Olaf zaczął włączać się do prac gospodarskich. Znał się na robocie na wsi i dobrze mu szło. Zaczął też nie bez trudu porozumiewać się z rodziną. Czego nie mógł wyrazić słowami, to pokazywał rękami. Ileż śmiechu wtedy było, a ileż nieporozumień? W końcu któregoś wieczoru udało mu się opowiedzieć im swoją historię.

- Powiadasz, że kościół obrabowali w Limanowej? - mruknął Stanisław

- W Limanowej? Nie, w miasteczku

- To miasteczko to musi być Limanowa, bo Tymbark wygląda inaczej i kościół w Tymbarku też inny. Jak tylko zima trochę popuści, przejdę się i popytam. Może się dowiem, co stało się z twoim oddziałem.

 

Wybrał się Stanisław na wiosenny jarmark. Wstał grubo przed świtem. Czekało go kilka godzin marszu przez góry. Zabrał koszyczek jajek, kilka gomółek sera i osełek masła. Sprzedam i może się co nowego dowiem. Matylda dała mu na drogę pajdę chleba i dwojaczki z kwaśnym mlekiem.

- Nie dawaj kobieto, ciężko to wszystko będzie unieść już ja przecie nie taki młody.

- Ciężko czy nie, na Oślaku opadniesz mi z sił, jeśli nie siądziesz chwilę i nie zjesz - odparła z uśmiechem. Uśmiechnął się i on. Matylda była małomówna, nie wiele ze sobą rozmawiali, milczenie im wcale nie ciążyło, rozumieli się bez słów. Oślakiem nazywali polanę pod szczytem góry Jaworz. Kiedy obładowani wszelakim wiejskim towarem wieśniacy szli na jarmark, tam zmęczeni wspinaniem się pod górę, robili pierwszy postój. Można było przysiąść na chwilę na pniu starej zwalonej jodły, odpocząć, posilić się i iść dalej. Stamtąd szło się już granią, prawie po równym, więc lżej. Podobno przed wielu laty stary Stokłosa usiadł ciężko na tej jodle, a może na innym pniu i i zawołał: O ślak trafi, alem się zmachał. I tak już zostało to miejsce nazwane Oślak.

 

W mieście po pozbyciu się jajek i sera, Stanisław zaniósł masło do Żyda do sklepu, niewiele się targował, chciał mieć więcej czasu, żeby się czegoś dowiedzieć. Zajrzał do kościoła, ale żadnych zmian wewnątrz nie dostrzegł. Ludzi też nie wiedział jak zagadnąć. Choć to nie było w jego zwyczaju, zajrzał wreszcie do karczmy. Zapłacił za kubeczek miodu rozejrzał się po karczmie, ale wszędzie siedzieli wieśniacy tacy jak on. Co oni tam mogą wiedzieć?

- Jesienią było tu wojsko szwedzkie - zagadnął do Żyda krzątającego się za długą ladą.

Żyd znieruchomiał, rozejrzał się ostrożnie wokół i odparł

- Nie było tu żadnego wojska.

- Piechota szwedzka, znaczy się nogami przyszli.

- Ty, jak wiesz lepiej niż ja, to nie pytaj - odpowiedział ostrożnie Żyd. Na mój rozum, jak nie wiesz, to lepiej żebyś nie wiedział. Tak będzie lepiej dla mnie, dla ciebie i dla wszystkich. Wracaj tam, skąd przyszedłeś i nie pytaj, z nikim nie rozmawiaj.

Odwrócił się na pięcie i zaczął energicznie wycierać szmatką nieistniejący kurz na półkach.

 

Stanisław nie namyślając się wiele, podreptał do wyjścia i udał się do domu. Po drodze miał co przemyśliwać. Jeśli wytłukli cały oddział żołnierzy, to mogą obawiać się kłopotów. Jeśli w dodatku ci żołnierze nie uszanowali kościoła, to nikt z katolików słowa mu o tym nie powie. O zgorszeniu nie należy rozpowiadać żeby się nie szerzyło. Lepiej czem prędzej zapomnić. Olafa trzeba będzie przekonać, żeby nigdzie się nie wybierał, niech zostanie. U nas będzie bezpieczny. We wsi się ludziom powie, że powinowaty jakiś, w chałupie bieda była i dużo gąb do nakarmienia, to i do nas za chlebem przyszedł. Zechce zostać? Coś mi się widzi, że Marysia już się o to postara, żeby go skutecznie przekonać. Nagle wydało mu się, że gdzieś z boku, na krawędzi widzenia mignęła mu mroczna, ludzka postać. Wzrok miał on niczym stal, co twardy kamień kruszy. A oczy miał jak studnie dwie i chyba nie miał duszy.

- Wszelki duch Pana Boga chwali! Chwalisz i ty? - Zapytał trwożnie i obejrzał się za siebie. Nie było żadnej odpowiedzi, nikogo też nie zobaczył. Osika tylko delikatnie potrząsnęła młodymi gałązkami ubranymi w wiosenne pączki. Wiewiórka raźnie wspięła się po pniu starego dębu. Coś zaszurało nerwowo w zeschłym zeszłorocznym zielsku, wszędzie panował spokój

- E zdawało mi się - pomyślał i ruszył przed siebie wesoło pogwizdując.


 

"Z książką przez życie - poradnik młodego czytelnika"

Dawno temu, jeszcze w ubiegłym stuleciu, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem i chodziłem do szkoły podstawowej, rodzice usiłowali namówić mnie do czytania książek. Za wzór do naśladownictwa stawiali mi rówieśników z sąsiedztwa. Nie jest to miłe, gdy kolega z za ściany wydaje się dla twoich rodziców ważniejszy i lepszy niż ty sam. Najlepsi uczniowie z mojej klasy na zakończenie roku szkolnego otrzymali nagrody książkowe. Tyle się namęczyli przez cały rok i jeszcze na wakacje dostali po książce. Basia, moja koleżanka z ławki to książkę dostała w nagrodę za czytelnictwo. Tego już za wiele. Tyle się naczytała przez cały rok szkolny i po co? Po to żeby dostać jeszcze jedną książkę do przeczytania. Czy te nagrody książkowe to też się nie czyta? Może one są tylko po to, żeby stały na półce i żeby wszystkie ciotki widziały, że to nagroda. Jak mnie ktoś spyta, jaką dostałem nagrodę, to po prostu udam, że nie słyszę. Postanowiłem sobie, że nigdy nie dam się namówić, ani zastraszyć. Czytał nie będę i już. Tyle się będę uczył, ile trzeba i tak się będę uczył, żeby na żadną nagrodę książkową nie zasłużyć. Tym razem mi się udało. Nie na długo. Tata kupił mi książkę, na imieniny. Przez grzeczność wypadało przynajmniej zabrać się do czytania i potem znaleźć tuzin pretekstów, żeby nie mieć czasu na dokończenie. Jakoś sobie z tym poradzę. Pamiętam jak dziś. Autor: Adam Liskowacki. Tytuł: Wodzu, wyspa jest twoja. Na początku pierwszego rozdziału wakacje, tak jak i w rzeczywistości. Główny bohater chłopiec, mój rówieśnik i też nie lubił się uczyć. Wciągnęło mnie, wsiąkłem, stało się. Trudno się przyznać, ale pomimo tylu mocnych postanowień, zostałem czytelnikiem. Jak to się z ludźmi dzieje, zrozumieć to może tylko ten, kto przeczytał przynajmniej jedną książkę w życiu z prawdziwym zainteresowaniem, i nie za karę. Czytelnictwo jest jak choroba zakaźna. Zarazić się nią można wyłącznie przez kontakt osobisty. Prowadzi do pełnego uzależnienia. Później bez książki ani rusz, a jak już gdzieś wyjedziesz poza miejsce zamieszkania, choćby na wczasy, kolonię, czy do sanatorium, to tam na miejscu od razu dyskretnie ludzi pytasz, gdzie tu jaka biblioteka? Albo czytelnia? To jest nałóg gorszy niż palenie tytoniu. Tego się nie da rzucić. Nie wierzysz? Spróbuj zerwać z nałogiem czytania. Mnie się kiedyś prawie udało. Cały rok podczytywałem po kątach, ukradkiem i wszystkim dookoła z dumą mówiłem: ?rzuciłem czytanie!?. Potem przestałem się z tym kryć. A co to wstyd jaki? Inni też czytają. Zauważcie, wejścia do bibliotek i czytelni zwykle nie są od frontu z głównej ulicy, ale tak usytuowane, żebyśmy mieli szansę zachowania pełnej dyskrecji. Niby to wchodzimy do jakiegoś biura, instytucji a tu nagle znajdujemy się w bibliotece. Nigdy biblioteka nie znajduje się w samym centrum, nigdy w wielkiej galerii handlowej, a prawie zawsze jest gdzieś w pobliżu, pod ręką. Niekiedy wchodzi się do niej od podwórka, anonimowo.

Czytać można na kilka sposobów:

  • to co chcemy, i to co musimy
  • książki naukowe i beletrystykę, czyli powieści
  • rzucający czytanie mogą posiłkować się wspomagaczami w formie na przykład komiksów, lub gazet tak zwanych opiniotwórczych. One tworzą opinie dla tych co nie wiedzą, jaką opinię wypada mieć w środowisku czytelników tych opiniotwórców. Przed użyciem należy zapoznać się z treścią ulotki lub się skonsultować z magistrem bibliotekoznawstwa i informacji naukowej.

 

Mnie tam komiksy nie pomogły nic a nic. Trzeba jeszcze przy tym mieć silną wolę i odrobinę charakteru. Czytałem bez opamiętania w autobusie, w pociągu, na boisku szkolnym i na niektórych lekcjach. Raz nawet dałem się złapać na ukradkowym czytaniu podczas lekcji, ale to osobna historia. Dziś jeszcze mi wstyd na samo wspomnienie. Pamiętam autora i tytuł książki. Gorzej z nazwiskiem nauczycielki. Uczyła u nas krótko, była parę miesięcy na zastępstwie.

Z powodu nałogowego czytania nie zostałem inżynierem mechanikiem, ani elektrykiem, (prądu w życiu na oczy nie widziałem), ani żadnym innym inżynierem. Sportowcem wyczynowym też jakoś nie. Z medycyną też mi nie wyszło. Ta wersja jest dla tych, co na siłę chcieli, żebym był kimś ważnym. A ja tak naprawdę jestem kimś ważnym, ale nie w ten sposób, jak niektórzy by chcieli. Niemniej jednak, nigdy nie dajcie złapać się na lekcji na ukradkowym czytaniu! W ogóle czytelnictwo, szczególnie w młodym wieku, powinno być surowo zakazane. Z wszelkimi konsekwencjami. Przeszkadza w nauce i szkodzi zdrowiu.

Lubię książki zaczytane. Wiecie jakie to są? Jak się czyta książkę w łóżku albo w wannie, albo w kuchni podczas posiłku, gdziekolwiek, w środkach komunikacji masowej, trzyma się ją zwykle jedną ręką i mocno ściska. Druga ręka może w tym czasie być potrzebna do czegoś innego. Kierowcy i motorniczy nie powinni czytać podczas jazdy. I ta ściskana książka, otwierana nadmiernie szeroko, po dokładnym przeczytaniu jest taka troszeczkę skrzywiona. Grzbiet ma taki nie prostopadły do kartek, tylko taki trochę na ukos. Im więcej ludzi tę książkę czytało, tym bardziej jest skrzywiona. Ja mówię wtedy, że jest zaczytana. Takie książki lubię czytać najbardziej, są najciekawsze, i czytając je, zaczytuję jeszcze głębiej.

Wysłuchiwanie i przekazywanie dalej różnych, nie zawsze sprawdzonych, informacji nazywa się ogólnie plotkowaniem. Niezależnie od tego, czy się nam to podoba czy nie, ludzie plotkują, plotkowali i plotkować będą. Plotka jest podstawowym łącznikiem ludzi z ludźmi. Gdybyśmy nie obgadywali siebie nawzajem, to o czym byśmy ze sobą rozmawiali? Jak ubogi byłby nasz język? Czytanie powieści jest formą najgorszego rodzaju plotkowania. Nie dość, że dowiadujemy się historii niestworzonych, wymyślonych, wyssanych z palca albo z pióra autora, to jeszcze w powieściach występują często postaci fikcyjne, takie których nigdy nie było. Dlatego czytanie powieści dla wielu mądrych osób bywa źródłem wstydu. Ja osobiście robię tak: na czytaną powieść nakładam dyżurną obwolutę z jakiejś mądrej książki, encyklopedii lub słownika. Jeśli już ktoś mnie złapie na tym że czytam, wcale już nie muszę się wstydzić. Niech sobie myśli że czytam coś mądrego, że jestem mądry i nie zajmuję się plotkami.

Osobną grupę książek stanowią książki naukowe, takie na przykład podręczniki. Przez długi czas nie wiedziałem co to podręcznik. W szkole miałem książkę do matematyki i książkę do polskiego. W starszych klasach doszła jeszcze książka do ćwiczeń do polskiego i zbiór zadań do matematyki. A żadnego podręcznika nie używałem. Ktoś mądry mnie uświadomił, że książka do polskiego i podręcznik do polskiego to to samo. Dobrze że to zrobił, w przeciwnym razie do dziś żyłbym nieuświadomiony. Mądre książki to książki naukowe. Piszą je mądrzy ludzie, dla innych ludzi, którzy nie są tacy mądrzy, po to żeby właśnie byli mądrzy. I ci mądrzy już chyba nie muszą czytać mądrych książek, bo już są mądrzy. Głupich też nie czytają, bo chyba nie wypada. Mądrego najłatwiej poznać po tym, że niczego nie czyta. Mądry uczyć też się nie musi, bo już jest mądry. Są podobno ludzie tak odporni na wiedzę, że do końca życia się uczą i głupi umierają. Tak jakoś mawiała moja babcia. Ona już dawno nie żyje, ale ona była bardzo mądra, bardzo dobra, i jeszcze bardziej kochana. Czytała bardzo dużo.

Ostatnio wśród młodzieży zapanowała moda na czytanie ebooków. Ebook to książka elektroniczna przeznaczona głównie dla tych co nie lubią atmosfery księgarni, zapachu i nastroju czytelni, i czytanie jest dla nich sprawą na tyle intymną, że wolą czytać w zaciszu domowego ogniska, sam na sam z komputerem, albo po prostu mają alergię na książki. Włącza się komputer, łączy się z Internetem, ściąga ebooka i czyta bezpośrednio z ekranu. Niekiedy za ebooka trzeba zapłacić jakąś drobną kwotę. Najprościej przelewem też przez Internet. Takie ebooki nigdy nie są zaczytane. Nie są pobrudzone sokiem malinowym, ani kawą, ani ciastkiem z kremem. Nie mają zapachu i w ogóle są bardzo higieniczne. Nie bierze się ich do wanny, nie czyta do poduszki, nie słychać nawet szelestu przewracanych kartek. Można podczas czytania posłuchać muzyki bezpośrednio z komputera. Ebooki często są poradnikami albo streszczeniami i opracowaniami prawdziwych książek. Przeznaczone są dla ludzi inteligentnych, bo tylko inteligentni mogą pozwolić sobie na lenistwo. Streszczenie jest to przedstawienie w skrócie treści po wcześniejszym wyrzuceniu tego, co zdaniem wyrzucającego nie jest istotne. Inteligentna osoba zawsze może sobie wyobrazić co było usunięte i sobie "dośpiewać". Czytanie tego "dośpiewanego", co już nie jest napisane nazywano dawniej "czytaniem między wierszami". Usuwaniem tych "do dośpiewania" treści z książek zajmowali się cenzorzy. Usuwają oni co popadnie. Na przykład nazwijmy to umownie opisy przyrody albo biologii, same najciekawsze opisy i te fragmenty, które ich zdaniem, nie są dla nas zbyt interesujące. Oni usuwają to co im się wydaje, że nam się wydaje, że to nie jest zgodne z tym, co się wydaje, że...

Coś chyba zamotałem. W każdym razie, po takiej cenzurze, książka już jest cenzuralna. Czytajcie tylko książki cenzuralne, nawet wtedy, kiedy nikt nie widzi.

Niektórych, zwłaszcza młodych i początkujących pisarzy tak strasznie męczy talent, że nie mogą wręcz powstrzymać się od pisania. Zaczynają od miniatur literackich. Robią to byle gdzie, na ławkach szkolnych, na stołach w stołówce, na drzewach w parku a niekiedy nawet na futrynach, drzwiach i ścianach ubikacji, i to nie swoich, lecz publicznych. W domu kartkę i długopis mają zawsze pod ręką i gdy złapie ich natchnienie, mogą rzucić wszystko i pisać. Ale najwięcej czasu mają siedząc w miejscu odosobnienia. Można tam spokojnie poćwiczyć podpis swojego pseudonimu autorskiego. Do tego też trzeba mieć odpowiednie warunki. We własnej toalecie może nie być tyle inspirujących zapachów. Proponuję, żeby te interesujące dzieła literatury współczesnej, miniaturowej, szybkiej i zdyszanej, nazwać wc-bookami.

Życie autorów zapewne do łatwych nie należy. AUTORZY!!!! Książki o wiele łatwiej i szybciej czyta się niż pisze. Zachęcam więc, czytajmy o wiele więcej niż piszemy i róbmy to intymnie, w domu a nie w miejscach publicznych intymnego odosobnienia. Wszystko z umiarem i bez niepotrzebnej ostentacji. Czy wszyscy zaraz muszą widzieć, że umiemy czytać i pisać? Po co mają się zastanawiać, dlaczego nasz pseudonim autorski został napisany z małej litery i z pominięciem zasad ortografii?

Cóż, każdy podpisuje się najlepiej jak potrafi.

Jeśli nie możemy się powstrzymać od czytania publicznie i w towarzystwie, co z całą pewnością do dobrego tonu nie należy, to zwracajmy baczną uwagę, żeby literki w naszej książce zwrócone były do nas a nie do góry nogami. Tak wprawdzie czytać się da i przy odrobinie wprawy można czytać nawet dość sprawnie, ale po co narażać się na śmieszność?

Zachęcam wszystkich, czytajcie z umiarem!