18 33 72 140
Limanowa, ul. Matki Boskiej Bolesnej 13
- A +

Anna Twaróg

Urodziłam się w pięknej Limanowej. Aktualnie uczęszczam do I LO im. Władysława Orkana również w Limanowej. Interesuję się wszelkimi gałęziami sztuki, a resztę dopisze moja ulubiona historia.

www.wiersze.mylog.pl

 


 

To nie ciekawość, to chęć...

I. Nadzieja poznania

obrazy - jasne
zawsze harmonijne z obrazami otoczenia
badanie
dna

zapuszczanie się w
głąb obrazu głębi
bez przewodnika
nic

chodzenie po powierzchni
swoim szlakiem - ja
- nieustanne ograniczanie
- wahadłowość działania

tylko w procesie szukania
ścieżek i różności
skrzyżowań
jest nadzieja
poszerzenia
II. Krok

odwaga w nowości
nie jest głupotą,
ale Koniecznością

impuls sznurowy
ciągnie i łamie
łamie
Bariery i Przeświadczenia

przez x lat patrzyłam prosto
w Słońce
raniło dowodząc
swą wyższość

teraz oglądam przez
chmury, blaski i ciepło
w umiarkowaniu

w poznaniu rzeczy
najważniejszy jest ruch
nieustanna walka
odkrywania rzeczywistości
wokół poznania
III. Wyłom

ręka jedna i druga
każda inna
gdzieindziej
pokazuje chwyta
czy pokazuje?

zdecydowanie
i niezdecydowanie!
czekanie
długie czekanie
na? Naiwność

w dobroci podłoża
które usunie nazbyt
ostre warstwy
przecież to pierwsze
pochylenie

pierwsze pochylenie
siebie wobec wielkiego
JA

to chyba zwykły Strach
na myśl o obrazie Pokory
IV. Egoistyczne skwierczenie frytek w oleju

bez dalszości kroków
czy śladów w podłożu
piszę?

z obserwacji
- może nie gwiazd a kamieni

naiwność czyni z dobrych
naiwnie dobrych
i jedno jest nieodzowną
oznaką drugiego

Uwierzyłeś?
V. Takiego boju nawet Grunwald nie widział

zadeptywanie ścieżek
duma - poznanie
tylko przez złamanie
...
znów zacieram wcześniejsze
ślady
nerwowe ruchy głowy
gestykulacja
przez palce dłoni
mojej ale nie mojej
ostatecznie
widzę
umiarkowane szczęście
wypruta duma jak balon
puszcza nieświeże już
powietrze

bitwa przegrana?
gdzieś tam ulatuje
przebita z własnej
woli nie
niewoli

powraca
z zalążkiem
poznania

prosto gładko i do celu

 

Rysowanki kijem po wodze

I. odpowiedzi

wole ich nie udzielać
pogłębiając bełkot
stuleci
II.  postój nad wodą

Tak i kaT
bazgranie tych samych
głów w przestrzeni

karambol lotów wysokościowych
następstwem  stał się w ziemi
w cudacznej
paszczy lwa
czy kotka domowego

donośne warczenie
tego drugiego
mobilizuje
do opuszczania pokładów
za nad to wszystko

nie potrzebnie tylu chętnych
Wóraki do spadania
latać już mniej
chce

a Dedale dawno wylądowali
III. sprawa Dedala nie daje ci spokoju?

przyjemność wolności
w ograniczeniu
przestaje być tym
czym być powinna

zadowolony idź spokojnie spać...
IV. o znakach stanowczości

Mamo ja chcę psa,
ale boje się psów!

Daj mi mamo psa
bez jego psowatości

- Przygarnij sobie kota, bo zamienniki bywają lepsze
niż pragnienia bez ryzyka
V. uśmiech losu

po zrozumieniu swych rozmiarów
przejrzystości wasalstwa
jedyne co nam pozostało
to rzucić się z motyką na Słońce

 

Rzut okręgiem na płaszczyznę

pomysł na oddech?

szamańskie pohukiwania
w łańcuchu z puszek
z każdym zetknięciem kolana
z wysokością niezdobytą

postawić piwo na dębowym stole
albo nawoływać z minaretów
do zlodowaceń polarnych

to wszystko to jak
upolować dzika
i dostać tylko ćwiartkę

lepsza ćwiartka niż kości?
(tu na twarzy autora
pojawia się szyderczy uśmiech)
nie myślę

wyznanie stulecia!

wklęsłe twarze telewizji
kiepsko udają "krzyk"

babcie o laskach wielu
grożą palcem snując się
chodnikami

a wyśmiewaczki idealne - dzieci
o zębach w wampiry grzmią
basem swojego piętna

niepoprawne zgubienie
widzenie

trudno
schodzić tyłem z góry

rozkoszować się
rysem palców kreślącym
sens spływania linii
palce schodzą się w jednym

warto
zrobić na przekór

instynktownie
prawidłowo
uczy się przeciwieństw
pozytywka

górzyście wymowne
znaki zawirowań
kiedyś tam coś

skutek w pełni widoczny
gigantyzm absurdu
rzeczy celnych

trafne są tylko sposoby
tajemne przejścia
od celu do celu?

raczej same są celem
uczu cia-cia-cia

tyle bzdur i dur nie zapisanych
- są podstawą do wszystkiego

buduje się od podstaw
z podstaw składa
są wszędzie tam
gdzie nogi wyciągane
w geście błogosławieństwa
czekają na dalszy ciąg
podstaw których nie ma
samych, bo są w

(urwałam
bo uczu jeszcze nic
tylko cia-cia-cia)
przychodzi taka myśl jak zakrwawiony nóż

z dedykacją dla pewnego 'profesora'

 

zapijanki

***

długo by można można by
do znudzenia czytelnika
głupotą
do znudzenia głupoty
(świeżo znalezionej)
czytelnikiem

przecież to tylko bagaż na drogę
nie na skróty

 

ZAKAZANY OWOC

Herbatkę z cytryną i cukrem
zamienił w wino
zbyt szybko.

Zbyt wcześnie
odszedł od piersi matki
by ssać skręcony dym
w papierku.

Zbyt nagle
pozbył się wstydu - garderoba
zlepiana z kolorowych
wycinków podebranej przyjemności.

Wszystko przez nietrwałość
czarnej płyty.
"Dozwolone od lat 18-nastu"
utknęło w którymś cięciu noża.
Zaczęliśmy parafrazować słowa
"nic co boskie nie jest nam obce"

Dotknęliśmy najwyższego punktu Boga
wydał się prostym zwyczajnym
kawałkiem zmaterializowanych atomów.

Z każdym gryzem w soczystość
jesteśmy dalej - fałszywe ślady zębów
na piasku, kiedyś zmyje przypływ.

 

UNIKANIE WSPÓLNYCH CELÓW

wkopanie do pustej bramki paru pusto wpompowanych piłek
i świadome unikanie dłoni wyciąganych w naszą stronę

ucieka samochód
w głąb lasu
po torach sunie
nie przetartych
- dziko świeżo liście -

reflektory cztery dwa traktory monstrualnej publiki
z zębami wykrzywionymi ekstazą ciemności

bieganie za spokojem
celowe wypróżnianie
dobitnego szukacza
schodkowe niechcenie
niczego trudnego

kiedyś może było inaczej
teraz jest najprościej

samotność to egoizm ucieczka przed problemami
innych

 

UCIECZKA PO OKRĘGU

dni się zlały w jeden
rosną drzewa
przed
teraz już obok
i za mną

zieloność już
nie daje ukojenia!
szybsze kroki
oddechy miarowe

nie ma-m już
samotności!
w największym
odludziu

gdzie Pan
stoję na zboczu
w geście Przymierza
bratam się ze Słońcem

ta linia spokojności
między
nie koi mgieł
fabryk i domów
w dole

dni się zlały w jeden
wisząc w gwarnym
od! ludziu

 

TERAPIA

walka
atak atak atak
wal
atak atak atak atak
w
atak atak atak atak atak

odruchowo liczył mijane
latarnie
odruchowo kłaniał się
ludziom
podziurawiony
zalepiony
podziurawiony
zalep
podziurawiony
za
podziurawionym

grzebiący kot
w śmietniku bardziej
był rozważny w swoich
wyrokach na
prawy sierpowy
prawy sierp
prawy sie
prawił
przez całą drogę z lewym

drewno wbite w sam środek
drogi tańczyło z twoją ciotką
zębata wiewiórka zachęcała
cię gestem do przystani
przystani
przy
tani ten kawałek ziemi

Pan Kowalski jak co dzień
wracał z pracy, w torbie
ta sama książka
"Psychologia Każdego Człowieka"

 

POŻYCZKA INTELEKTUALNA

życie publiczne i osobiste
nagrywa, przycina, puszcza
Drodzy widzowie oto fakty:

kto z kim na kawę!
- Łoooo! -

kto kogo zabił, okradł, pobił...
- Buuuuu! -

ta zdjęła majtki!
- Łoooo! -

zamknęli premiera, biskupa, mordercę....
- Buuuuuuuuu! -

słuchacze widzowie czytelnicy
prosicie o dożywocie faktów aktów
przez poklaska dla wolności
- manipulacji

a teraz ubogi prezes
przejdzie z tacą i zbierze
abonament za telewizor!

Brawa, ogromne brawa!
pan z czerwonym noskiem
stoi na głowie i wygłasza
przemówienie

 

MORS REPENTINA

wyżu-tych sumień nie
sposób omijać
drogą dedukcji
ogranicz tłuszcze
białka i zdechnij
pod płotem
szybka śmierć
w kudłatych
gatkach

 

KICZOWA PUSZKA OTWIERA PANDORĘ

z zachodu dla wschodu
w włosienicy
pości na boso
prosząc
- Pandoro otwórz!

 

KROPKA

szare gigantyczne dłonie
w skronie
zapracowanych murów
klekoczących miast
w obraz!
j-elit cienkich
z nabycia

przeżuwane i rozciągane
rozciągane i przeżuwane
nigdy nie utworzą balonu
idealnego

ciągle dziurawi go zębami
jeden paw

w rozciągniętych zegarach
oklepanych wskazówek
naciągniętych czasów

siedzę sobie po turecku
w chińskiej knajpie
czarnoskórej dzielnicy
francuskiego miasta
nad spróchniałym
korytem
europy

 

FENIKS

Puf
i spadł ptak
Nów
pali znak
Krzycz
w fali wir
Znicz
pali świr
Twój
płonie grób
Rój
boskich prób
Lecz
cofasz się
Precz
boli cię
Znów
śpiewa ptak
Rów
leżysz - wrak

 

CZŁOWIEK

ucięli mi głowę tej nocy,
o Boże jak lekko!
bez gnuśnego, krwistego cielska
turlam się ochoczo

teraz jestem tak blisko ziemi!
każdą zmarszczkę, zgrubienie, ranę
poznaję rzęsami

jestem okrągły eliptyczny
bez zwinnych rąk i nóg
wszystko może mi zrobić wszystko
wyrok zbyt okrutny!

 

CHOĆ RAZ SIĘ ZALEJ

życie w proszku zamkniętym
w kolorowej torebce
a z tyłu przepis na...
sukces

codziennie praca dom praca
a gdy w końcu wysypiesz się
z papierowych ciuszków
i wejdzie pod gorący prysznic

tak samo rozmoczysz
te same brudy
tylko z innych miejsc
z innych ludzi

 

improwizacja perfekcyjnie wypracowana

kojarzysz może miliony ptaków
odbijających się od jezior łąk okien?
chaos rozerwanie unoszenie wrzawa
i płynne przechodzenie w klucze
nuty półnuty akordy i słowa
odlatujące
pusto kiedy odpływają - jednak z myślą
że zapełnią gdzieindziej między
może u ciebie? - morze?

przypuszczasz jak wielki jest kosmos
rozlany w niezawisłej nie-kuli
w miliard planet gwiazd
zbadanych dłonią nie-ma- kształtów
im nie można zajrzeć w oczy
i po prostu wiedzieć

miliardy blasków starają zastąpić dwie iskry
na próżno?

widzisz z tego chaosu
dłoni mocno gestykulujących
miliardów wypowiedzianych słów
na próżno?

i płynnie przechodzi w muzykę
sunącą pod palcami przez
wypukłości policzka
do końca

zajrzałam w oczy 

 

nawet przez sen jesteś ironią

starasz się oddać myśli
oprócz tego że ktoś tłucze się za ścianą
rytmicznie
teraz - pozostaje kwestią nierozstrzygniętą
wiele takich zagadnień powstanie
odłóżmy je...
beznadziejnie jeśli
nie możemy poznać siebie
i tylko czekamy aż samo się wyrzyga
śpimy

zalegając w kątach pokoi
wplatamy nowe pędy
do koszyczka ego
może jakiś durny Kapturek
przeniesie nas przez las?
Tylko po to aby babcie pożarł wilk!

w spadku po Alexandrze wyścielane widzenie Cezara:
- Są marionetki i tłuste marionetki...

w krzyk! i biegniesz do Ojca że bluźnią że źli
a-to-ty a-to-ty a-to-ty!

 

PAN OD HISTORII

patrzę zawsze prosto w cel
czytam o Alexandrze Cezarze Napoleonie
i czuję że znam ich! Doskonale
galopuje od myśli do myśli
skłaniając wieki do pokłonów
zabawa w karuzeli czasów

- dedukcja i logika -

jak ćwiczenia w szermierce
w posadach gigantycznych wyprostowanych
homo sapiens sapiens - maximus
mmmm.... pycha

zaczęło się

 

przechadzka z Persefoną

sytuacja liryczna następująca:
leżę na trawie i wpatruję się w niebo
jest lipiec może sierpień
nieopodal na ławce siedzi Pan
i badawczo obserwuje - mnie
cisza
ja jednak:

wkładasz głowę w dłonie tylko po to
aby urzeczywistnić swój stan
ducha
więzionego miedzy jedną dłonią a drugą
w klatce palców szperających w materii
może i podtrzymują głowę na karku
utrzymuje res cognitas na swoim miejscu
ale nie lepiej się puścić?
zerwać kręgi szyjne skręcić powrozy
i dać odciąć katu-światu Styks
teraz nie pływa się starym Charonem
modne są jachty albo deski do surfowania
Cerber podpowiada, że nie ważne jak - ważne gdzie
i zachęcająco merda ogonkiem przyjmując dolary za wejście
można i tak przecież tu nikt nie dba
czy masz jeden czy trzy oczodoły

przyzwyczajeni do
beznadziejnych klubów
beznadziejnych filmów i muzyki
beznadziejnych ludzi i jedzenia
bez nadziei całkiem dobrze nam idzie

Dlaczego by nie przystrzyc czarnego pudla
i zagrać w kości z Brutusem?

Dante straszył afiszem nad bramą
żeby wchodzący porzucili nadzieję
bramki nie piszczą, lotów nie odwołali
Dante straszył afiszem nad bramą
a nie taki diabeł straszny jak go malują

dwudziesty pierwszy krok

 

Z serii matematyka rządzi światem: okrąg

nadziejo ty ręko ironii
która nieustannie wkładasz nas do ust jej
nadziejo!

jeszcze chlupie w butach
tylko kurtka już rozpruta
płuca unoszą delikatnie
w swobodnych powiewach
bez siarki i trotylu

niedługo zakwitniesz
staniesz się mniejszy
i duszno intymny
przylgniesz do mnie
i dotąd będziesz czuwał
aż nie odwrócę oczu
od twych opadłych liści

znów wchłonę całą twoją zieleń
wszystkie banalne zachody
rozbawione wschody
i kilka wdechów wiatru

bo przecież ptaki przylatują na wiosnę tylko po to
by odlecieć na zimę

 

Polifonia

ścieżki z piętrowych osiedli
i tacy Sami
Wszechobecne Drzewo boga hefajstosa
w giętych żurawiach - stali

i próchnem kruszone - od - Drzewa - zielone
ten Sam zachód
lecz za inną górą-Sam

nie umiem wypowiedzieć
mój - a nie pojmą -

można ogarnąć i nucić smutek
w tysięcznym pytaniu o drogę
kryje się Owoc - DiZ - na każdej-gałęzi
płasko, płasko - i - wyrasta las

płasko - płasko - ciemno - ciemniej
ciągle przemawiasz do mnie
Cesarze - i - Sam

 

Zwyciężeni Herosi

z pieszczotą podchodzisz jak do dziecka
kolebki - marmurowych ideałów
wrócą morze zza - zza ścian
poganiacze mułów i czasu
wrośnięci w antyczne-wrota

wyścielani Tybrem i Złotem
we wspólnym zamiarze
łagodna wilczyca
balansuje nad przepaścią
- schizofreniczna kłamczucha z oślim uchem

czym bliżej początku
powracają drgania
- wstrząsy wtórne przeszłości

tylko patrzeć jak założą
wieniec laurowy

 

JEST JESZCZE TAKI POJEDYNEK

PROLOG

Błędem było nazwanie go moim,
Moim lasem, Lasem-Światło-Cieni,
gdzie dzieci zbierają szyszkowe skarby
i skrzętnie zakopują
pod wilgotną płachtą pachnącej ziemi.

Czołgam się wśród cierni, borówek i mchu,
szukając każdym zmysłem
przetartych w przeszłości dróg do Edenu.
Chyba zmalały,
stosując się do mrówczych wędrówek.
A ja wybujałem jak niemy bóg
chowając mój las pod skrzydła
płaszcza i obiektywnych sądów.

Na polu było cicho.
Na dworze było cicho.
Na zewnątrz było cicho,

a w środku kwitł handel
tanimi niewolnikami bez roli
samoistnie i całkiem nieświadomie.
W zakamarkach niedostępnie ciemnych
wystawały sprzedajne i łatwe
- okaż im choć jeden impuls,
a gratis dostaniesz całe możliwości.

Błędem było nazwanie go moim,
bo każdy przychodząc i odchodząc
komponuje i spełnia subiektywnie.
Tylko, on ze mną dorastał!
Kwitł i marniał,
a potem już nie mógł.
Osiadł na dnie ciążąc jak rzeźbiony kwiatem
z optymistycznym rubinem w środku oczka
- kamień topielca.
Pływa twarzą w dół i podziwia
sekretnie czuwający w głębinach...

Kamieniu Filo-zoo-fa!



Cz. I

Wysmukła, a zarazem prężna wierzba
rozchylała swe białe ramiona
jak kochanka stojąca u wrót jaworu.
Czeka swej symfonii letniego zapachu,
wpływającego w duszę
z orszakiem przybranych kwiatów.
Słońca jasne stoją wysoko,
nim wiatr przystroi je cieniem,
zdołam dotrzeć i wejść
w otwarte okiennice.
Bo tam właśnie mieszkam,
wśród rozciągłych do granic - słów -
w dźwiękonaśladowczych barwach.
Jestem kapłanem, a czasem błaznem,
Więc Jestem.

Echa uginają się pod swoim przebywaniem
w chwili goniącej czas i w dźwiękach
uskakujących bezszelestnej ciszy.
Stoją w drżących z rozkoszy kształtach
liści oblanych klonowym słońcem.
Dotknijcie moich pni, roztoczcie
biel jedwabiu w szparach suchej kory,
w której kryje się zmęczenie lasu
i słowiański duch promiennego Swaroga.
Dzieci bzu, prastarej kochanki trawy -
ulećcie z bezruchu w koczowniczy trans
skraplających się wód płynących w nas.

Lubię gdy tak zmęczony opierasz głowę,
a mech jak purpura daje wytchnienie
wiedząc komu ma zaszczyt służyć.
Czerń skaczących niesfornie jaskółek
odbija się w tafli źrenic
patrząc na inny, zamierzchły gdzieś wiek.
Wiem, że już nie wrócisz,
nie tego wieczoru.

Na szalach moich dłoni ważą się wymiary.
Ofiary wchodzą po schodkach piramid;
niedługo z samego szczytu na samo dno
potoczą się ich losy.
Na zachodzie wzniosą lewe ręce,
na wschodzie prawe. Łącząc się
w przesłaniu z przeszłości ku przyszłości
dla teraźniejszości - pobudzającej mocy
solarnego środka wysyłającego życie.
Namaszczeni olejami genialnego Deus Artifex,
z jednej bryły wyciosani dłońmi Boga-Rzemieślnika.
Trwamy. Naznaczeni rysami twórcy i destrukcji.
W obrazie pana i niewolnika - dostrzegamy siebie.
Cóż za neoklasyczne kształty - wydumane
i dobre w całej swej hipokryzji.
Znów nadbiega! Krzepiący w żyłach krew - upór.
Sam w sobie, sam dla siebie - "prochem i niczem".
I z tego stara się zrobić krok - pokusa demiurga.
Bilans musi wyjść na zero. Co stworzysz to zniszczysz.
Słyszysz ten ironiczny uśmiech zawieszony między gwiazdami?
Nie, ty go nie widzisz, ni zmysłami, ni przed oczyma duszy swoje.
Nie zgadniesz sączącej się ciszy wszechświata.
Zaleje cię, ogarnie i zniknie.
Cały jad wsączy się w ego i zastygnie.
Zimny i stale wpatrzony w jeden punkt
jak oczy wisielca, co dokonał życia dzięki pętli i gałęzi.
Jeszcze widać w nim niemy strach, bo nie zdążył uciec
przed sumieniem człapiącym za nim w za dużych butach.
Może przeważyło parę srebrników,
a może źle opowiedziany kawał.
Teraz wplótł się w poszycie trawy i w uderzenia wiatru,
wyznaczając godziny głuchym biciem dzwonu.
Pamięta się o was i do was idzie,
szukając sposobu na transcendencje.
Zawsze na koniec Matko, odchodzisz w las.
Prowadząc moich licznych braci, siostry.
Zanurzacie się w drzewach i mroku
pozostawiając szelest i niedosyt liści.
Znów nie rozumiem dlaczego Byliście.
Miejsce po niej dawno wystygło,
a ja w martwym bezruchu boję się oddychać.

I nie wiem czy moje ręce ciągle są wagą
dla dobra i zła.



Cz. II

Każde jutro ma przeszłe dziś i opierając na poprzednim zatacza krąg.

Za parę minut stanie się dosyć dziś,
zębate koło przesunie o jedną twarz dalej.
Jak głaz tkwię w ziemi zamaskowany
nocną rosą, bo nawet kwiaty zamknęły na nią powieki.
Płaczesz? Na pewno płaczesz, poszłaś bez słowa,
tylko nie wiedząc, że droga zawiedzie cię w las.
Stoją tam posągi ludzi o idealnych proporcjach,
zimne lub słoneczne, zdane już tylko na pogodę.
Nigdy nie wiesz kiedy wyruszysz za Matką
i kiedy zostaniesz na zawsze z Ojcem, który
pykając fajkę opowie o wszystkim
czego dotąd nie wiedziałaś.
Ty już wszystko rozumiesz!
Obojętna i nieczuła!
Przyjdziesz wieczór razem z nimi,
powiększysz ten milczący chór
i odśpiewacie swoje Alleluya
wykonane przez świerszcze i brzozy.
Podła twoja rola kochanico z toporem kata
w dłoniach od zewnątrz różowych z połyskiem bieli
rozchodzącej się w powietrzną pustkę.
Ty już wszystko rozumiesz!
I pojmiesz dlaczego milczałem po wszystkim,
gdzie odchodziłem na długie godziny.

Jestem kapłanem i błaznem,
bo ciągle nie dokonałem wyboru.
Czas nagli i słowa szukają przemienienia.
Nie wbiję sobie sztyletu w dumę
kończąc swoje poema honorowym podpisem.
Całą truciznę, kropla po kropli, wysączę
kojąc gorzkie pragnienie odmiany.

skupiając w jednym punkcie całą naturę
zrobię wyłom w murze historii


Cz. III

Wejście pierwsze - bo widzisz są takie miejsca.

Bo widzisz są takie miejsca, gdzie
falująca przestrzeń miesza się
z mknącym bezwiednie ciepłem i chłodem.
Pewnie doświadcza warstw rzeczywistości
przepływając między nimi z prądem wiatru.
Porośnięci mchem i paprocią bogowie
smakują słodyczy wtórujących kolorom melodii
do słów zgubionych przez odległe dzieci.

Ostatni tutejsi mieszkańcy byli nazywani
poganami. W posągi, obrzędy i wiarę
oddawali się w całości bez wybierania
tylko tych wygodnych i niewymagających
wysiłku. Potrafili wyżej sięgać
w swoich prostych poglądach i tradycji
niż współcześnie zrównane pszeniczne pola.

To woda i wiatr kruszyły skały, aby przykryć
bezpiecznym płaszczem tolerancji - osady,
świątynie i miejsca magiczne. Natura
łaskawie objęła wszystko jaśniejącym
prężnie korowodem traw i lasów.
Wodospady świętych jezior
rozlały się w odnóża rodzin, plemion.
I cisza stojących nocą pali, przesiąknięta
dymem ognisk upojonych nietrzeźwą muzyką.

Często odprowadzałem myśliwych łowiąc
z nimi bażanty, wzrokiem chwytając ulotność.
Nigdy nie pojmę przemijalności. Za każdym razem
zamykając powieki, kurczowo chwytam wymiary
i przyciągam do siebie wdychając
ostatni słowiański zachód.


Cz. IV

W cztery strony świata.

Lustro zawieszone w półmroku wielkiej sali.
W niej ty i ty.
Pochmurny gdy widzisz deszcz i zimno
przeszklone między,
a przestrzeń ta ozdobna w ramy.
Lecz intuicyjnie i nieśmiało zaczynasz się uśmiechać,
mgły się podnoszą a promienie słońca wracają poprzez
przeszklone między,
a przestrzeń ta ozdobna w ramy.

W wyniesieniu miękkich kroków i gestów poza sale
jest podobnie. Powietrze zmokłe od ciszy, lasy
zroszone świeżą rosą rozbrzmiewającą w liściach,
słońce a nawet ta najbardziej niezrozumiana,
wykrzywiona od niechcenia twarz ludzka,
choć brzmi to strasznie umiejscawiając ją tutaj,
wszystko jest zwierciadłem nastroju i podejściem twoim
jako ciebie samego jednostkowo spoglądającego
poprzez pryzmat subiektywizmu dwóch oczu.

Cykałaś regularnie jak konik polny
pod ciepłą płachtą złej nocy i płynnych gwiazd.
Rozmyta tym majem jak zmokłe kwiaty
w deszczowych łąkach odległych pól.
A ja odbijałem się pod księżyca cieniem
wątłego kapłana wplątanego w ścieżki.

Dobrze jest mieć tylko jedno odbicie.